STOP pseudohodowcom!
o kocie. o życiu jego. o nas. taki draśnięty Williamem blog. I tyle.
RSS
poniedziałek, 01 marca 2010

Zawiesił się nam komputer. Skutecznie. Jesteśmy zatem odkomputrzeni. Do nie wiadomo jak długo, bo tego nawet sam serwisant nie wie, a w pracy blogować się nie godzi - zwlaszcza, że szef bloga czytuje.

Koty zawiesiły się zimowo. Snują się, miauczą, jedzą. Jedzą, miauczą, snują się. Czasem Will pacnie Liliową. Czasem Liliowa wgryzie się nieudolnie w szyję Willa. Czasem jakiś kwiatek przypadkowo zrzucą, czasem spadną z łóżka. Nic ekscytującego. Ot, zimowe zawieszenie.

Mój mózg też zawieszony. Metafizycznie. Egzystencjalnie. Zimowo. Restart by się przydał, ale przecież do serwisu się nie oddam, bo kto by się kotami zajął? A poza tym, to blog Kotów, więc im tu się ze sobą wtryniać nie  będę.

Obiecuję się odwiesić. Już niedługo. Jak tylko trochę wiosny się pojawi. Koy zapewne też się odwieszą. Komputer mam wielką nadzieję - też. I wszystko wróci do normy.

Za zawieszenie wszystkich przepraszam. Mea cullpa (no niecałkiem, ale wzięcie winy na siebie dobrze o mnie świadczy).

Ps. Panie Piotrze - spóźnione dziękuję. W imieniu zawieszonego obecnie na fotelu w pozycji nietoperza Willa i będącej gdziekolwiek Liliowej ;)

10:30, kotoblog
Link Komentarze (1) »
środa, 16 grudnia 2009

PYTANIE: jak wyglądałby świat gdyby rządziły nim kotyl ub kocice.

ODPOWIEDŹ: WOLNOŚĆ W OCZACH KOTA.

Było jedno z tych słonecznych, leniwych  popołudni, kiedy nikomu nie chce się prowadzić polemik politycznych ani filozoficznych dysput, tym bardziej, kiedy chce się leżeć lub bujać się chce, lub robić jak najmniej pożytecznych rzeczy. Więc leżeli sobie i bujali się, korzystając z okoliczności, że dzieci były w szkole. Z chwili, kiedy huśtawki były wolne, bo później to już się nie godzi, a poza tym dzieci lubią huśtawki, a oni lubili dzieci. Więc się bujali.

Mrurycy bawił się piórkiem. Na poetę nie wyglądał, wręcz przeciwnie, ale piórko go zafrapowało i jakiejś mu takiej charyzmy dodawało, zwłaszcza, że piórko było zdobyczne. Mruman spojrzenie miał raczej mgliste po ostatniej nocy, ale dzielnie dotrzymywał towarzyszowi kroku w obserwowaniu rzeczywistości. Obserwować, owszem, rzeczywistość mógł, ale na błyskotliwe jej komentowanie nie miał już siły. W sumie, to jeszcze nie miał na komentowanie siły, bo gdyby w ogóle nie był w stanie komentować, Mrurycy by się z nim po prostu nie zadawał, a tego by Mruman nie przeżył. Od małego się przyjaźnili. W jednej piaskownicy kopali, dzielili się jedzeniem, wiedzą i doświadczeniem dzielili i razem spędzali nicnierobiące leniwe słoneczne popołudnia.

Mrurycy, im dłużej bawił się piórkiem, tym bardziej rozbłyskiwało mu oko. Lubił się bawić myślami, a owo piórko pobudzało go do myślenia. Bawił się więc piórkiem i myślami, i coraz bardziej chciał się nimi podzielić z Mrumanem. Mruman jednak ziewnął i przysnął, przestawszy rzeczywistość i Przyjaciela kontemplować. Mruman zasnął snem kamiennym. I Mruman śnić zaczął.

Nicponiem był całe życie, szkół elitarnych nie skończył, z arystokracji się nie wywodził. Owszem, przez płot umiał przeskakiwać, ale elokwentnie to już się nie wyrażał. I wyśniło się Mrumanowi, że skoczył wyżej niż zwykle. Wyśniło mu się, że na stołek wskoczył wysoki, i nawet się na nim utrzymał. Nagle wszyscy zaczęli się liczyć z jego zdaniem, słuchać go i potakiwać. Cokolwiek Truman by nie powiedział, po prostu się stawało. Ekologia w życie się wcielać zaczęła sama, odpadki plastikowe do plastikowych trafiały, a organiczne do organicznych. Nikt już szkieletu ryby z puszką po piwie do jednego kubła nie wrzucał. Ekologia spowodowała również brak trucizn wszelakich, wszak trucizny były toksyczne. Ekologiczne życie bardzo się Mrumanowi spodobało. Spodobało mu się to, że wszyscy nagle stali się lepsi. Ci, co mieli piwnice nie odgradzali się - zwłaszcza zimą - od całego świata. Ci, co mieli więcej jedzenia, dzielili się nim z innymi. Nic się nie marnowało, wszyscy byli szczęśliwi, choć nie robili przecież nic wielkiego. Mruman dawno tak dobrze nie odsypiał nieprzespanej nocy. Uśmiechał się przez sen, aż Mrurycy zaczął się irytować. Zirytowała go też obserwowana rzeczywistość.

Bo Mrurycy, na obserwowanym balkonie, zauważył Państwa. Państwo w życiu mieli wszystko. Państwo mieli służbę, Państwo mieli jadło i trunki wszelakie. Państwo mieszkali w domu, gdzie jadło się kolacje przy świecach, gdzie wino się piło, gdzie jazz leniwie płynął, podobnie jak życie Państwa rozłożonych na kanapie lub fotelu, lub łóżku lub, tak, jak dzisiaj, na balkonie. Państwo się grzali i Państwo nawet w stronę huśtawek nie raczyli spojrzeć.

Mrurycy zmarszczył brew. Mrurycemu się dawno tak przykro nie zrobiło. Bo życia lekkiego nie miał. Swojej mamy nie znał praktycznie, o ojcu w ogóle nie wspominając. Nie, żeby trafił na złych rodziców. Ona -  Mama mu umarła i nie zdążyła Mu - Ojcu powiedzieć, że ma syna. Mrurycy był więc skazany na siebie i przygodne ciotki i ciotuchny, które może go nie tuliły, ale zawsze coś do jedzenia podrzuciły. Nie miał jednak Mrurycy ciepłego kąta i się tułał, chociaż ciepło lubił. Nie miał się do kogo przytulić, ale czuł, że mogłoby to być fajne. Nie miał nic. Miał, owszem, Mrumana. Mruman sytuację miał podobną - też był sierotą. Razem nicponiowali, razem kradli, razem niejedno mieli na sumieniu. Ale w sumie byli szczęśliwi, bowiem mieli leniwe popołudnia, bo mogli huśtać się na huśtawkach, kiedy dzieci były w szkole. Szczęśliwi i nieszczęśliwi, ale bez większej odpowiedzialności. Tak się po prostu bujali. I od jakiegoś czasu byli szczęśliwi. Bardzo.

Roman i Maurycy otworzyli kolejne piwo choć była dopiero dziewiąta. Na ławce podwórkowej siedzieli, mieli jeszcze czas, bo mamy z dziećmi do piaskownicy przychodziły po południu. Stuknęli się jak zwykle. Butelki w górę unieśli. „To za wolność” - powiedzieli równocześnie i roześmiali serdecznie. Do niedawna kolegami w jednym takim stowarzyszeniu byli. Na wiece jeździli, przemówienia głosili, orędzia pisali. Do ludzi zza kuloodpornych szyb machali. Krawaty nosili i garnitury nosili, a na rautach kawior szampanem zapijali. I kiedyś, przy takim kawiorze się porozumieli, że dość mają kłamstwa i obłudy. Dość mają masek i nicnierobienia, a wielemówienia. Kilka dni później spakowali się. Bo dość już mieli szampana i kawioru, konsumowanych za nie swoje pieniądze. I wreszcie mieli leniwe słoneczne popołudnie. Na ławce. Na osiedlu. W słońcu. W końcu.

Bardzo Ważny Pan spojrzał na swojego kota, leżącego na skórzanym fotelu, kot leniwie grzał się w słońcu. To było leniwe popołudnie, nie takie, żeby podejmować Bardzo Ważne Decyzje, raczej takie, żeby powygrzewać się w słońcu. Bardzo Ważne decyzje były bowiem bardzo trudne, i Bardzo Ważny Pan, Pan będący u władzy wiedział, że nie ma na świecie osoby, która pociąga za wszystkie sznurki, i która tę władzę swoją może wykorzystać.

Pan Bardzo Ważny poczuł, że władza tylko go ogranicza, że żeby rządzić, trzeba samego siebie zatracić dla Wielkiej Nibylandii, która nigdy światła dziennego nie ujrzy. Ważny Bardzo Pan zapatrzył się na swojego kota, śpiącego leniwie, w leniwe słoneczne popołudnie i zapragnął również zasnąć. Chciał zapomnieć o zupełnie niepotrzebnej władzy i - chcąc tego -   zamknął oczy.

Mruman się obudził. Słońce na chwilę go oślepiło. Błogi miał sen, ale cieszył się, że się obudził, bo stołek okazał się być za twardy. Cholernie w sumie niewygodny i bolała go głowa, i nie tylko, od tego siedzenia, był więc pewien, że to wszystko boli go od tego snu. Spojrzał na Mrurycego. Mrurycy wciąż się piórkiem bawił. Zdobycznym.

Mrurycy spojrzał na Romana i Maurycego. Roman i Maurycy patrzyli na nich. Wszyscy się uśmiechali. Się panowie pod wąsem uśmiechali. Bo wszyscy mieli wąsa.

Mrurycy się uśmiechał. Piórko przypominało mu pierwsze przedśniadanie. Swieże. Ptushi.

Mruman uśmiechał się, wiedział, że każde śniadanie, to pierwsze, to drugie i to trzecie, i późniejsze też, zawsze będą na niego czekać.

Maurycy i Roman się uśmiechali do swoich kotów. Dzięki nim zrozumieli, że wolność jest najważniejsza, bo od nich się wolności i niezależności właśnie nauczyli. Dla siebie od władzy odeszli i siebie odzyskali. A kotom władza tak naprawdę nigdy nie była w głowie. Bo koty rządzą tym ,kim chcą. I zawsze im się to udaje.

A Bardzo Ważny Pan, Pan, od rządzenia, się nie śmiał. Bo do śmiechu mu nie było. Bo patrząc na swojego, w Leniwe Popołudnie, w słońcu, kota, zrozumiał, że władza szczęśliwemu człowiekowi nie jest potrzebna.

20:51, kotoblog
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009

Jakby Willutek zrobił kółeczko to by był Mozilla Firecat. – powiedziała Blondyna.

Jakby Liliowa zrobiła kółeczko, to bym musiał skoka zrobić konkretnego, bo obejść byłoby za daleko – powiedział Willutek.

Jakby Blondyna zrobiła kółeczko – byłoby więcej miejsca w łóżku dla kotka. Pomyślał Kotek Rudy.

Jakby Basia zrobiła kółeczko – by mogła nie wstać w związku z zastygnięciem mięśni – powiedziała sama Basia.

A Blondyna pomyślała, już tak sama do siebie, że kółko graniaste to w sumie było fajne.

I tak Se w kółko myśleliśmy. I trochę byliśmy skołowani. Na okrągło.

Salut Uroboros - spuentowala Blondyna, a Koty poszły spać zwinięte w kłębek.

 

22:57, kotoblog
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 grudnia 2009

Koty z blogów mają prawdziwe imiona. W przeciwieństwie do ludzi. Koty z blogów prawdziwie się zachowują i udawać nie muszą, w przeciwieństwie do ludzi. Koty z blogów są rude, są szare, nakrapiane są i paskowane też są. Czasem Koty te metki mają , czasem nie mają oka. Ale te Koty zawsze mruczą i furkoczą i tę cudną właściwość mają, że dusze nam leczą. Koty z blogów zarzuciły sieć na innych blogujących, w sieć ich złapały po prostu.

Każdego dnia można odwiedzać innego Kota z bloga, w zależności od nastroju i swojego i Kota, bo każdy Kot jest inny i inny jest blog każdy. Do Kotów z blogów, na drugim końcu świata mieszkających nawet, się tęskni. Do ludzi w imieniu Kotów piszących, nawet jeśli się ich nie zna, się uśmiecha. I tych ludzi się też wirtualnie przytula. Przytula się ich zwłaszcza wtedy, kiedy zabraknie im Kota. A teraz właśnie Kota blogowego zabrakło.

Zabrakło beżowego Kota z zielonymi oczami. Beżowy Kot za tęczowym mostem to Dusława znana zapewne wszystkim maniakom Kotów blogowych. Zabrakło Dusławy, brakuje słów. Brakuje też uśmiechu. O Dusławie pamiętać będę zawsze. Moje Koty zawsze pamiętać będą  z pewnością ich ulubioną złotą myśl Dusławy. Pamiętać będą, i w życiu realizować będą myśl, że „kocia miłość ma wymiar spożywczy”.

12:50, kotoblog
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 grudnia 2009

zdjęciuję czasem. Próbuję zrozumieć czasem. Przekonać próbuję czasem, że chora znaczy nie mobilna. Nie dociera. Nigdy. I zawsze jak wcielenia niewinności wyglądają. No!

 

 

16:37, kotoblog
Link Komentarze (2) »

No i przyciąłem blogowy jęk Szarej. Zaraz tam killer. Trochę kłaczków się posypało, ale to ja się nimi dławiłem, a ona przynajmniej lżejsza będzie. Bo futra ma co najmniej jakby na syberyjskie warunki była hodowana. O  tłuszczyku nie wspomnę. Ha!

Leży se to szare rozwalone na kanapie i prowokuje. No prowokuje jak każda baba. Patrzy, oczy zmrużone, cyniczny uśmieszek pod nosem. Wibrysami wibruje i prowokuje. Łapki wyciąga, jęczy, no wyraźnie się nudzi. W punkcie widokowym się nic nie dzieje, a ona prowokuje. Poza tym rezydentem kanapowym jestem ja, więc niech smarkula spada. I ja tu w ogóle pierwszy byłem. Ona w łóżku, więc nici ze spokojnej drzemki w pościeli tym razem pomarańczowej. No, to skoro nudno, to trzeba trochę adrenalinkę podkręcić. Ona niech ma show, a Liliowa się przynajmniej przeleci chwilę.

Wszystko w dobrej wierze robiłem. Oj, że tam się trochę szarego futra sypnęło. Każdemu pazurkowi się zdarzy zahaczyć. A Szara się darła, bo to strachliwe jest i histeryczne. Przecież, że bym jej nic nie zrobił. W końcu to ja! Will, dignity i te sprawy. Wcielenie łagodności.

No ale teraz klops. Ona tuli roztrzęsioną Szarą, łypią na mnie obie złowrogo, a ja przecież chciałem jednej i drugiej rozrywki dostarczyć. Kot się tu stara, energię traci i co?! Żadnej wdzięczności. Baby. Cholera. Nie warto się poświęcać! Ot co!

Will.

16:23, kotoblog
Link Dodaj komentarz »

To już nie jest trener. To już nie jest rezydent zasiedzenie i pierwszeństwo manifestujący. Ta Ruda Świnia chce mnie zabić! Tak, to piszę ja Liliowa. Ja roztrzęsiona, znerwicowana, potargana Liliowa, Gadem pieszczotliwie zwana.

Bo tak: Niech Was te słodkie maślane oczusie Rudego ( nie, nie złotego Abigail!) potwora nie zmylą. Leży se ta ruda kupa futra na punkcie widokowym i że niby taki zainteresowany przyrodą jest. Że na gołąbki patrzy, że fruwające listeczki obserwuje. Ta, obserwuje. Wytrzeszcz to to ma, że prawie te gały egzotyczne z orbit mu wyłażą. Ja cicho na kanapie, Ona w domu to przecież trzeba pozory zachować. Skoro dzień jest, to koty śpią, TAK?

ŚPIĄ!

Jednak zakuty rudy łeb tego nie przyswaja. A podobno starszy i podobno tą dignity to ma do perfekcji opanowaną. Ta. Żeby chociaż słowo perfekcja znał. Świnia. Ruda na dodatek. Wiadomo, rude to fałszywe. I głosić to będę głośno!

I teraz wszyscy wielbiciele Rudego się dowiecie. Dowiecie się co ta bestia malutkiej, cudnej liliowej koteczce zrobiła! Jak się na liliowe futerko targnęła. Wredna ruda kreatura!

Myślałam, że mu się na trening zebrało. Chociaż pora zaiste była dziwna. Nagle potwór wskoczył na kanapę i pacnął mnie w nos. To se myślę, dobra, chce zmienić miejscówkę, niech mu będzie, przejdę na fotel. Ale nie. Bo lezie za mną i jodłuje. Jak Bawarczyk po kilku kuflach. Więc przezornie się pod fotel wczołgałam bo pod łóżko już nie wchodzę, (swoją drogą co z niego za trener?!) a on za mną. I się zaczęło. Za nic! Nic nie zrobiłam! Żarcia jego dzisiaj nie tknęłam (przynajmniej nie na jego oczach wyłupiastych), owszem spałam z Oną, ale mu nie broniłam. Owszem oglądałam z Oną film w nocy ale dlatego, że chora jest i opieki potrzebuje. Ale on też mógł.

Wredny samiec, szowinista jeden, grzywkę mi zepsuł, w ucho ugryzł Rysio-Pysio głupi (już ja mu kiedyś te uszowe chwościki powyrywam!). Futra cennego przecież wyciągnął mnóstwo  i teraz marznąć będę. I nawet krzyczeć i błagać o pomoc nie mogłam bo za gardło mnie ten krzywozębny chwycił.

I jak ja mam być spokojna, jak ja mam flegmę brytyjską pielęgnować skoro ten egzotyczny szaleniec wszystkie zasady łamie?

Jak go tak kochacie to może łaskawie wyperswadujecie sir Williamos vel Kretinos , że się tak jednak liliowym mruczącym koteczkom nie robi, co?!

16:21, kotoblog
Link Komentarze (1) »
środa, 02 grudnia 2009

Kolory się przenikają.

Kolor różowy przenika szarą rzeczywistość. Koloru różowego jest wtedy spinka we włosach, kolory różowego jest różowy pen driver w kształcie świnki – prezent od przyjaciela. Koloru różowego są różowe tu-domowe skarpeto łapki przyjaciela i MP-3 też jest różowe, choć płynąca z niego muzyka różowo nie brzmi. Różowo nie nastraja też owa szara rzeczywistość, choć przyjaciele w bardzo kolorowym siedzą mieszkaniu. Żeby się zatem owa rzeczywistość zaróżowiła przyjaciele różowe wino piją przez słomki różowe, piją przez słomki żeby szybciej było różowo.

Liliowy kot obserwuje. Kot słomkę obserwuje, choć intuicyjnie chce żeby im było tym razem różowo. Więc kot za słomkę chwyta. Kot słomkę porywa Kot ze słomką balet ćwiczy, nie zważając na swoje obłości. Kot z różową słomką pomyka, Kot w rytm muzyki tańcuje. Kot nawet z zielonej kanapy spada żeby one wreszcie pewne kontrasty zauważyły.

One jednak piją różowe wino przez różowe słomki i o szarej rzeczywistości rozmawiają. I łzy przezroczyste ronią.

Kot liliowy zatem na powrót szarym się staje, bo szara ich rzeczywistość kota przytłoczyła. Kot zalega z różową słomką w zębach i tylko bursztynowe oczy kota szarzeją ze smutku, że rozbawić ich nie zdołał.

Do akcji wkracza więc kot rudy, który przez cały ten czas śnił kolorowo. Kot rudy napotyka leżącego kota szarego i o czarno wyglądającej sytuacji się dowiaduje. Kot rudy, jako że serce jego czerwonością miłości się żarzy, postanawia tęczę wyczarować. Tęczę kot rudy czaruje z połączenia rudego i szarego. Obydwu w prążki. Kot rudy miesza i szaleje. Zlewa się z szarym, raz jest na górze, raz na dole, raz z boku, raz u gardła. Kot rudy daje z siebie wszystko, napięcia nie eskalując żeby efekt był piorunujący. Kot szary rzeczywistością zmęczony daje z siebie również wszystko.

One różowe słomki gryząc, oczy zielone i błękitne wypłakując sączą wino różowe. I o rzeczywistości szarej rozmawiają. O Londynie ponuro nieokreślonym do którego jedna z nich i zieloną kanapę i kota rudego i liliowego zabierze.

Ale kiedy wyblakłymi od płaczu oczami na futra kolorowe spojrzą ich świat się rozjaśni. Kiedy na liliowego z różową słomką w zębach kota i na rudego z zieloną też w zębach i też kota spojrzą zrozumieją, że jakby nie było, dopóki jest liliowo-ruda mieszanka, rzeczywistość, nawet bez wina, jest różowa.

21:55, kotoblog
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 listopada 2009

No się zmartwiłem. Liliowa niby kobieta, a w lustro nie patrzy. Śliczna to ona może jest, ale jak jej się te paciorki w szarą sierść zapadną to ze śliczności nici. Kulka zostanie i zamiast obchodzić z obrzydzeniem będę musiał przeskakiwać. Coś trzeba zrobić. Jej nie było, to poglądowo TV pooglądałem i mnie zainspirowało. W końcu kreatywni jesteśmy, że hej! Liliowa musi poćwiczyć!

Zacząłem dziś rano. O 4.30.

Najpierw brzuszki. Brzuszki polegają na tym, że przygniatam Liliową, a ona usiłuje się wydostać. Przygniatam tak zmyślnie, że nawet czasem mięśnie skośne poćwiczy. Kiedy zaczęła stękać na mój znak ruszyliśmy na kanapę. Wskok, zeskok, wskok, zeskok, jak jej się nudziło to dostawała po nosie.

Zmęczyła się i zwiała do kuwety. Jakby nie wiedziała, że ruch pobudza perystaltykę. Więc żeby nie tracić czasu zsadziłem się na nią i jak tylko wyszła wylądowałem jej na karku. Niech lasia mięśnie grzbietu poćwiczy. Rundka do przedpokoju i nożyce przednie na drapaczku. Raz, dwa, raz, dwa. Liliowej się łapki plątały, ale dzielnie drapała. Poźniej łazienkowa ścieżka miała być, ale Liliowa odpadła na wannie.

W sumie prawie odniosłem sukces. Połowiczny. Bo jak pojawiło się śniadanie zeżarła świnia moją wołowinę!!!!!!!!!

I jeśli ktoś mi powie, że kobiety naprawdę chcą schudnąć i jeszcze pomoc chętnie przyjmują zamiauczę się na śmierć ze śmiechu pustego.

21:34, kotoblog
Link Komentarze (3) »
czwartek, 26 listopada 2009

To, że moje Futra mają metki – wiadomo. To, że zachowują się kocio w skali od 1 – 10 na 2, wiadomo też. To, że czystość sobie cenią to wiem ja i osoby dochodzące, ale proszę Państwa, że metki chcą sobie zęby czyścić? No tego to nie wiedziałam nawet ja. Do wczoraj.

Koteczki codziennie obserwują moje łazienkowe rytuały. Gandzia obserwuje z umywalki (chociaż już się prawie w niej nie mieści), Will obserwuje z wanny (do której wskakuje z lekkością).

Konkluzja i off topic są takie, że niebawem koty, punktami obserwacyjnymi, będą się musiały zamienić. Bo Gandzia za gruba będzie na umywalkę no a poza tym nie doskoczy, a Williamowi to wszystko jedno, bo doskoczy wszędzie.

Wracając:

Koty obserwują, ale mniemałam, że raczej bezrefleksyjnie. Do wczoraj.

To, że koty bawią się wszystkim co nie jest kocią zabawką wie zapewne większość posiadanych przez koty, więc nie dziwią mnie mecze panelowe z niebieskimi nakrętkami po wodzie mineralnej, nie dziwi bieganie z ołówkiem w pyszczku (choć kto wie, może Liliowa ma aspiracje artystyczne), nie dziwią tańce z gumką do włosów (w końcu to lasia liliasia) ale Liliowa zaczęła biegać z rafią w zębach. Jakoś mnie to specjalnie nie zdziwiło dopóki z rafią nie zaczął biegać William. (a William rzadko z czymś w zębach biega). Ów fakt mnie zastanowił.

To, że pracuję w kreacji wiadomo. Praca w kreacji pozwoliła mi na szybkie wysnucie wniosku, choć nie zawsze wysnuwane przeze mnie wnioski są słuszne.

Wniosek był następujący:

Koty czują potrzebę wyczyszczenia sobie przestrzeni między zębowych! Koty czują w paszczękach niesmak po prostu i to bynajmniej nie metafizyczny. Koty podłapały codziennie wykonywaną przeze mnie czynność narzędziem ORAL-B i postanowiły znaleźć sobie substytut. Znalazły rafię!

EUREKA!

Natychmiast dosypałam im Royal Oral.

Kiedy wróciłam Gandzia siedziała z ładowarką od I-poda w pyszczku.

Chce doładować energię?! Ma ktoś inny pomysł??!!

19:05, kotoblog
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10